Zorro – ostrze popkultury


LISI SPRYT

On naprawdę jest sprytny. Choć ludzie mówią, że mieszka w norze, tak naprawdę jego domem jest labirynt podziemnych korytarzy. Niektóre z odnóg są ślepym zaułkiem: powstały tylko po to, by wyprowadzić w pole ewentualnego intruza. Siła i zręczność też intruzowi na wiele się nie zdają, bo gospodarz podziemnego świata potrafi zwabić napastnika w odpowiednie miejsce i zasypać go ziemią korzystając z innego przejścia. O sprycie lisa opowiedzieć mogą też właściciele kurników, którzy widzieli jak zwierzak otwiera klatki po przejściu innych, wielopoziomowych zabezpieczeń. Są jeszcze gatunkowe cechy prawdziwie niezwykłe: futrzak potrafi usłyszeć pisk myszy z odległości 100 metrów i lecącą wronę z dystansu pół kilometra. Jeśli dodamy do tego sprawność fizyczną (zdolność nagłego przyspieszenia do 50 kilometrów na godzinę, przeskakiwanie dwumetrowych płotów, niewiarygodne zwroty w powietrzu za sprawą długiego ogona i 42 ostre zęby), zobaczymy wizerunek groźnego, rudego spryciarza.

Literatura widzi czasem lisa nie tylko jako zwierzę inteligentne, ale wręcz mądre: tak odmalował zwierzę żyjący sześć wieków przed Chrystusem grecki bajkopisarz Aisopos znany dziś pod imieniem Ezopa. Bliższy nam, bo żyjący na przełomie XV i XVI wieku Niccolo Machiavelli daje wszystkim sprawującym władzę cenną radę: „Trzeba przeto być lisem, by wiedzieć, co sidła, i lwem, by postrach budzić u wilków”. Są jednak sytuacje, w których nie można być lwem. Wtedy pozostaje tylko i wyłącznie rola lisa. Lisa czyli po hiszpańsku „zorro”.


PO HISZPAŃSKU

Mimo iż Zorro tradycyjnie lokowany jest w Kalifornii, opowieść o nim będzie niemal w każdym szczególe hiszpańska. Losy zamaskowanego spryciarza osadzone zostały bowiem przed 1850 rokiem, gdy ziemie te włączono w skład Unii jako 31. stan Stanów Zjednoczonych. Zanim jednak rozpoczęła się północnoamerykańska odsłona kalifornijskiej historii, wszystko było hiszpańskie. Mieszkańców krainy nazywano „Californios”, nazwę pewnej osady wymawiano jako „Los Anheles”, do dziś zresztą miasta nazywają się tam dość specyficznie: Santa Cruz, Santa Barbara, San Diego czy San Francisco. Zanim Kalifornia dorobiła się opinii typowo amerykańskiej ziemi (z najwyższym ponoć odsetkiem zwariowanych obywateli), zaludniali ją hiszpańscy arystokraci, mówiący po hiszpańsku chłopi, ogniści kawalerowie z temperamentem ustępującym jedynie temperamentowi jeszcze bardziej ognistych seniorit.

W takim miejscu przyszło żyć panu Zorro wymyślonemu przez pana Johnstona McCulleya. Pan McCulley był ambitnym żurnalistą urodzonym gdzieś nad Wielkimi Jeziorami. Jego dziennikarsko – literacką karierę na jakiś czas przerwała I wojna światowa, kiedy to (podobnie jak wielu innych amerykańskich oficerów) udał się na inny kontynent ratować Europę. Za Zorra zabrał się zaraz po wojnie, czytelnik otrzymał więc odcinkową powieść „The Curse of Capistrano” w roku 1919. Sukces literacki był na tyle duży, że dzieło natychmiast sfilmowano: z udziałem Douglasa Fairbanksa w roli tytułowej. Fairbanks był zresztą w owych czasach etatowym odtwórcą ról wielkich awanturników: w jego dorobku znalazł się i Czarny (nomen omen) Pirat, i Robin Hood, i Don Juan, i człowiek w żelaznej masce, i trzej muszkieterowie. Z oczywistych powodów Douglas wszystkich trzech muszkieterów zagrać nie mógł, ograniczył się więc do roli D’Artagnana. W przypadku „Mark of Zorro” widz otrzymał perełkę niemego kina z wieloma atrybutami bohatera, które utrwaliły się później w wizerunku zamaskowanego obrońcy uciśnionych.


ZAMASKOWANY WIZERUNEK

Przyznać trzeba, że wizerunek Zorro jest wyrazisty: czarny, wtapiający się w mrok nocy strój (czarne wyszczupla?), lisi spryt, nadzwyczajna biegłość w używaniu szpady, planowanie godne mistrza szachowego. Nie bez znaczenia jest marketingowa otoczka: mało kto posiada tak piękne logo, wykonywane zresztą trzema zgrabnymi cięciami – a to na obwieszczeniu o poszukiwanym bandycie, a to na ścianie w jakimś pueblo, a to na gigantycznych spodniach sierżanta Garcii. Hiszpański lis musiał więc mieć swój historyczny udział w kształtowaniu gatunku zwanego dziś filmami płaszcza i szpady. W końcu jest płaszcz, szpada, a nawet maska gratis. W internetowych sklepach maska jednakowoż nie jest gratis, choć – jako obowiązkowy strój na każdym szkolnym balu – ceny zostały skalkulowane dość przystępnie. Za kompletne ubranie czarnego banity zapłacimy około 50 złotych. Zorro został przepięknie obudowany różnymi ciekawymi dodatkami. Mamy konia o imieniu Tornado (oczywiście zwierzę jest kare), który inteligencją przewyższa niejednego żołdaka: potrafi sam znaleźć się w odpowiednim miejscu, by przyjąć na siebie ciężar uciekającego bohatera po widowiskowym skoku. Może to i dobrze, że czarne wyszczupla. Zorro może mieć wiernego sługę (na przykład o imieniu Bernardo), który również wykorzystywany jest z maksymalną dawką sprytu. Nie jest, jak myślą wszyscy – głuchoniemy, lecz tylko niemy; ma więc możliwość podsłuchania tego i owego. Zorro nie byłby Zorrem, gdyby nie doświadczał romantycznej miłości okraszonej pocałunkami spod (a jakże) hiszpańskich wąsików.

Kultura masowa kupiła Zorro razem z butami. Są zresztą w sprzedaży buty o nazwie „Zorro” oraz specjalna kurtka dla motocyklistów o tej samej nazwie – z pasami regulacyjnymi i czterema kieszeniami. Nawet magistrala rozszerzeń w komputerach z rodziny Amigi nosiła nazwę sprytnego renegata. Imię Zorro może nosić znalezione na Amazonie biurko z lampą albo model latającego skrzydła dla miłośników aparatów zdalnie sterowanych. Tematu gadżetów Zorro lepiej nawet nie zaczynać: wystarczy ograniczyć się do Zorro w wersji Lego.


FILM, FILM, FILM

Pięć lat po wspomnianej, zakończonej gigantycznym sukcesem premierze Zorro z Douglasem Fairbanksem, ten sam aktor wziął udział w filmowej kontynuacji opowieści: obrazie „Syn Zorro”. I znów do kin udały się liczne tłumy. Kolejny raz Zorro zwyciężył w roku 1940: tym razem maskę włożył aktor Power Tyone. W postać wcielał się również Alain Delon (produkcja włosko – francuska z 1975 roku) oraz Antonio Banderas („Maska Zorro” z roku 1998). Ostatni z filmów dobrze pamięta odtwórczyni kobiecej roli głównej – Catherine Zeta – Jones, która kreacją tą otworzyła sobie drzwi do wielkiej kariery. Publicyści kinematograficzni do dziś zwracają uwagę na pełną erotyki scenę tańca. Erotyczny Zorro też oczywiście powstał – w roku 1997, nosił tytuł „The Erotic Adventures of Zorro”.

Mamy nawet nakręconą dziesięć lat później wersję z elementami homoseksualnymi – „Zorro – The Gay Blade” (w wersji polskiej „Zorro – ostrze szpady) z udziałem George’a Hamiltona. Ostatni z tych filmów to zresztą całkiem niezła komedia z przepiękną sceną tańca wielu Zorro pod muzykę Jana Sebastiana Bacha. Były także i filmowe wpadki, takie jak „Zorro: la espada y la rosa” telenowela produkcji amerykańsko – kolumbijskiej. Nie pomógł Christian Maier w roli tytułowej, bo tasiemiec zamiast akcentować spryt i sprawność bohatera koncentrował się na romantycznych dialogach damsko – męskich. Mniej lub bardziej udane były kolejne animacje z udziałem Zorro: pierwsza (amerykańska) powstała w roku 1981, Japończycy wypuścili swoją w 1990 roku, po sześciu kolejnych latach powstała jeszcze jedna wersja (japońsko – włoskie „”Kaiketsu Zorro”), po roku – kolejny film made in USA. W 2015 animowany Zorro pojawił się jeszcze we francuskiej produkcji „Kroniki Zorro”, polski widz mógł zobaczyć go na Canal + w doskonale zdubbingowanej wersji, z Przemysławem Wyszyńskim w roli tytułowej.


ZORRO A SPRAWA POLSKA

Choć postać Zorro znana była polskim kinomanom już w okresie międzywojennym, czytelnik dostał do rąk książkę bardzo późno, bo dopiero w 1997 roku. Ale eksplozję popularności czarno ubranego buntownika nad Wisłą datować należy na lata sześćdziesiąte dwudziestego wieku. Wszystko odbyło się za sprawą disneyowskiego serialu liczącego sobie kilkadziesiąt półgodzinnych odcinków. Odtwórca roli głównej – Guy Williams trafił na rewersy lusterek noszonych przez nastolatki, do dziecięcych zabaw i rozmów w kolejkach. Gdy na ekranach telewizorów pojawiała się błyskawica w kształcie litery „Z” ulice pustoszały, życie społeczne zwalniało do najniższych obrotów. Władza chętnie pokazywała tego konkretnego bohatera, bo jako obrońca uciśnionych Diego de la Vega (przy odrobinie dobrej woli) mógł uchodzić za socjalistę. Miał też – z oczywistych przyczyn – obojętny stosunek do Związku Radzieckiego, czego nie dało się powiedzieć o Jamesie Bondzie, który objęty został zakazem wyświetlania. Zorro wyświetlany był w sztandarowym programie dla dzieci – „Teleranku” i nie tylko, wszedł do kanonu bohaterów telewizyjnych siermiężnej polskiej kultury telewizyjnej. Towarzyszyli mu rycerze okrągłego stołu, Robin Hood, Thierry Śmiałek oraz Wilhelm Tell – czyli wszyscy ci, którym dobro ludu mocno leżało na sercu.

Wielu kinomanów na całym świecie do dziś uważa, że ten właśnie (nakręcony w latach 1957-1959) Zorro Disneya był najlepszy: niezależnie od późniejszych produkcji nafaszerowanych efektami specjalnymi i gwiazdami biorącymi po 10 milionów dolarów za rolę. Echa tej konkretnej produkcji pobrzmiewają w dziele Jacka Bończyka – twórcy libretta polskiego musicalu dla dzieci o tytule „Zorro” z premierą w 2012 roku. Muzykę do produkcji tej napisał gitarzysta supergrupy „Republika” – Zbigniew Krzywański, całość zaś wystawiono staraniem Teatru Muzycznego w Łodzi. Istnieje również musical z Zorro dla dorosłych; cztery lata wcześniej wystawiono w Congress Theater (Eastbourne) dzieło z muzyką francuskiej grupy Gipsy Kings i Johna Camerona.

W oczywisty sposób Zorro zawędrował do komiksów i gier komputerowych; mamy więc przeróżne „The Shadow of Zorro”, „The Destiny of Zorro” czy też „Capitain Zorro”. Zorro jest nowoczesny i już dawno przystosował się do technologii 3D czy trójwymiarowych drukarek udowadniając, iż wyrazisty wizerunek, jasne zasady, złote serce oraz lisi spryt są ponadczasowe. Szczególnie gdy zaangażują się po stronie dobra. Nie przeszkodzi im ani maska, ani czarny strój, podobnie jak nie są w stanie pokonać ich przeróżni sierżanci czy kapitanowie służący uciskowi. Kolor czarny może bowiem być twarzowy, praktyczny i całkiem nieźle służący promocji.

Zbigniew Markowski

Dodaj komentarz