O tak zwanym BLW

Czy jest jeszcze jakiś rodzic, któremu obcy jest skrót BLW? Jeżeli tak to śpieszę z wyjaśnieniem, iż owe trzy tajemnicze litery mają związek z karmieniem małych dzieci. W polskim tłumaczeniu spotykamy najczęściej zwrot “bobas lubi wybór”, natomiast oryginał brzmi “baby led weaning”. Zwrot angielski jest o tyleż bardziej trafny, ponieważ faktycznie chodzi tu moment odstawiania dziecka od piersi i “nauczania” go spożywania nowych pokarmów. Clue metody jest takie, iż przyrządzając posiłek staramy się aby dziecko miała możliwość zapoznania się z faktycznym wyglądem warzyw, owoców czy makaronu, a nie z jego zmiksowaną, pokrojoną, posiekaną czy przetartą postacią. Trudno nie przyznać racji, iż taka forma podana na talerzu jest o wiele bardziej zachęcająca niż beżowe papki w podobnych smakach (tak niestety zazwyczaj wygląda choćby zmiksowane mięsko z warzywami – nawet nie wiem jak byłoby świeżutkie i pyszne).

Jak się zabrać do sprawy? Otóż sadzamy małego delikwenta w foteliku (a jeżeli jeszcze nie siedzi samodzielnie, to na kolanach u mamy lub taty) i serwujemy mu wszystko to, co sami jemy. Oczywiście rozszerzania diety nikt nie zaczyna od golonki czy pieczystego ale kawałek marchewki z rosołu, różyczka brokuła czy cały ziemniak to bardzo fajny start. Co dalej się z tym dzieje? Mały delikwent na 100% zainteresuje się nowym obiektem. Jako, że jest to etap wkładania wszystkiego do paszczy, to nawet jeżeli go nie uprzedzimy słodkim wołaniem “obiadek misiaczku”, wspomniany ziemniak czy marchewka z pewnością zostaną przetestowane na okoliczność walorów smakowych. Jak wiemy posiadanie uzębienia lub nie, nie ma tu żadnego znaczenia. Inna wersja tej historii może przebiegać w ten sposób, iż delikwent pomiętosi marchewkę, poprzekłada z ręki do ręki, rozetrze większość na talerzyku, aby następnie zrzucić na podłogę i sprawdzić jak zareagował na to wszechświat. Co wrażliwsi rodzice nakładają wówczas nową porcję, a ci po kolejnej nieprzespanej nocy zdmuchują bakterie z kawałka, który upadł (o ile wcześniej nie zeżarł go pies), podają go malcowi i dalej w spokoju konsumują swój posiłek.

Co z punktu doświadczonego w tej materii rodzica jest potrzebne? Z pewnością dużo, dużo, dużo śliniaków wszelkiej maści, a najlepiej od razu zakupić ceratkowe kombinezony. Warto też mieć zapas plastikowych talerzyków i miseczek ale raczej nie tych z krzykliwymi obrazkami i wzorkami. Jak być może niedługo będzie Wam dane się przekonać, przez pewien czas dziecko może bardziej interesować się pingwinkiem na talerzyku niż nawet najbardziej wyszukanym posiłkiem z kuchni molekularnej.

Dlaczego w ogóle zabierać się za taki sposób karmienia skoro wsuwanie łyżki z kaszką do buźki bobasa wydaje się o wiele prostsze i szybsze? W moim odczuciu jest to poniekąd związane z naszą niechęcią do odraczania nagród. W metodzie BLW satysfakcja ze zjedzonego przez dziecko posiłku nie pojawia się od razu. Wręcz przeciwnie. Na początku szarpią nami wątpliwości czy dziecko aby się nie zadławi/zakrztusi (to nie to samo), czy się najadło, czy już zawsze będzie jadło zimne, czy zupełnie nic mu nie smakuje, itd. Warto jednak w tym momencie pomyśleć o długofalowym sukcesie dziecka ( a w zasadzie całej rodziny). Co zatem zyskujemy?

  • świadomą i samodzielną nauka gryzienia, przeżuwania i połykania ( niezbędne w prawidłowym rozwoju mowy!)
  • gotowanie “w jednym garnku” dla całej rodziny
  • satysfakcję i radość dziecka z samodzielnego trzymania sztućcy
  • zdrowsza dieta wszystkich domowników
  • zmniejszenie szansy na to, że wychowamy “niejadka” poprzez wzbudzenie zainteresowania pożywieniem i wszystkimi rytuałami które się z nim wiążą

Fakt – mimo ogromu zalet tej metody rozszerzania diety, jest jedna dość istotna wada. Nieważne czy dziecko się najadło czy nie, spustoszenie wokół miejsca spożywania posiłku jest zazwyczaj ogromne. Moje pomiary skali zniszczeń dochodzą nawet do dwóch metrów promienia wokół fotelika. Na to aby rozkładać na podłodze folię czy stare gazety też nie wpadłam od razu – co swoje to się nawycierałam…

A jednak warto przejść ten etap wielorakiego testowania jedzenia, by w okolicach drugiego roku życia dziecka (tak przynajmniej głosi legenda), móc cieszyć się z całkowitej samodzielności szkraba. Jako mama, która przy pierwszym dziecku preferowała dziecięcy “fast food” czyli słoiczki, kaszki instant i mleko modyfikowane, tak obecnie jako matka polka karmiąca piersią (11 m-cy i wciąż!) polecam zaufanie w umiejętności dziecięcia i pozwolenie mu na jak największą samodzielność podczas niesamowitej przygody poznawania smaków.

 

Dodaj komentarz