Eddie – demoniczna maskotka

Eddie. Z pozoru zwykłe imię, na pewno wielu z nas nie kojarzy się ono z niczym rozpoznawalnym, a już na pewno nie nadzwyczajnym. No bo co tu dużo mówić – imię jak każde inne. Jednak, wbrew pozorom, istnieje dosyć spora grupa ludzi, którym po usłyszeniu, bądź przeczytaniu owych pięciu liter przychodzi na myśl tylko jedno. Eddie the Head, bo o nim tu mowa, to rozpoznawalna na całym świecie, a już na pewno wśród fanów ciężkiej muzyki, maskotka kultowego brytyjskiego zespołu heavymetalowego – Iron Maiden. Jej twórcą jest niejaki Derek Riggs, urodzony w Portsmouth plastyk, któremu największą sławę przyniosło stworzenie właśnie Eddiego. Choć oficjalnie Eddie jest maskotką, to na pierwszy rzut oka ciężko skojarzyć go z tą funkcją. Na pewno nie znalazłby on miejsca przy łóżku kilkuletniej dziewczynki, w końcu mało kto przepada za przypominającymi kościotrupa osobnikami.

Eddie trzymający brytyjską flagę

Po raz pierwszy jego sylwetka została przedstawiona światu w 1980 r. na okładce singla pt. „Running Free”.
Utwór traktujący o zbuntowanym nastolatku doczekał się więc wiekopomnej chwili, w której Eddie rozpoczął swoją przygodę z Iron Maiden. Choć wtedy nasz demoniczny kolega był jeszcze dosyć oszczędny w ukazywaniu swojej sylwetki (został narysowany jako tajemnicza postać z zaciemnioną twarzą), to od razu podbił serca zespołu oraz fanów. Wiadomym było, że nie był to jego jednorazowy występ i na pewno wkrótce powróci w jakiejś formie.

Okładka singla „Running Free”

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Od czasu swojego debiutu, Eddie coraz częściej zaczął ukazywać się na okładkach płyt zespołu w różnych formach. Począwszy od lat 80. XX wieku znajdował zaszczytne miejsce praktycznie na każdym nowym krążku Iron Maiden. Wystarczy wspomnieć choćby kultowe „The Number of the Beast” (Eddie bawi się diabłem jak kukiełką) czy „Piece of Mind” (Eddie jako pacjent szpitala psychiatrycznego).

Okładka albumu „The Number of the Beast”
Okładka albumu „Piece of Mind”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Oprócz pojawiania się na kolejnych okładkach, Eddie był zabierany także na koncerty jako gigantyczna instalacja, gdzie prezentował swoje oblicze przed zebraną na tych widowiskach liczną rzeszą fanów.

Trzeba przyznać, że mimo wątpliwej urody, Eddie spełnia nałożone na niego zadanie w stu procentach – do dziś ze świecą szukać drugiej równie rozpoznawalnej maskotki wśród zespołów oscylujących wokół ciężkich brzmień. Jego oblicze jest chętnie wykorzystywane do promocji wszelkich poczynań brytyjskich dinozaurów metalu. W tym roku, nasz bohater będzie obchodził już 38. urodziny. Za dwa lata stuknie mu więc „czterdziecha”, można więc przypuszczać, że wiekowi panowie z Iron Maiden zechcą uczcić tę wyjątkową rocznicę swojego pupila również na scenie. Miejmy nadzieję, że i Polska na tym skorzysta. Także, sto lat Eddie, bądź z nami jak najdłużej!

Dodaj komentarz