Lucyfer – dobry diabełek

Co  przychodzi Wam na myśl, gdy słyszycie imię „Lucyfer”? Szatan, diabeł, upadły anioł, władca piekła, demon, zło, grzech, wąż, który skusił Adami i Ewę, a może koza? Z pewnością jednak nie myślicie o przystojnym szatynie o ciemnych oczach i idealnym ciele. A właśnie taką wizję diabła przygotował dla nas FOX, ucieleśniając ją w postaci brytyjskiego aktora — Toma Ellisa.

Lucyfer Morningstar nie jest złem wcielonym jak jego biblijny pierwowzór. Czasem miewa napady złości, w których kogoś zbyt mocno pokiereszuje, innym razem doprowadzi kogoś do obłędu, pokazując diabelską twarz. Do tego ma ogromne skłonności do narcyzmu. Jednak ogólnie rzecz biorąc, jest w porządku. To po prostu kolejna zagubiona duszyczka z problemami na karku, która postanowiła szukać pocieszenia w cudownym Los Angeles. (Z resztą czy to nie jest ironia, że król piekieł zaszył się w mieście aniołów?) Nasz diabeł uciekł w ten sposób od piekielnych czeluści, czyli miejsca swojej pracy i udręki jednocześnie. Swój czas trwonił na kobiety, używki i szampańską zabawę. I z pewnością dalej prowadziłby te lubieżne życie, gdyby nie poznał pani detektyw — Chloe Decker.

To spotkanie odmieniło życie ich obojga. On znalazł sobie inny pochłaniacz wolnych chwil, bardziej wartościowy od niegrzecznych zabaw, ona zyskała asystenta, który pomagał jej w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. (Z kolei widzowie zyskali interesujący serial kryminalny). Oczywiście, jak w takich przypadkach bywa i tutaj nie mogło zabraknąć wątku romantycznego, w postaci tlącego się lub buchającego płomieniami (w zależności od odcinka) uczucia pomiędzy głównymi bohaterami. Można mieć za złe twórcom serii, jak ich związek został poprowadzony przez kolejne sezony, jednak z jego obserwacji wynika jasny obraz naszego diabła.

Lucyfer to jednostka skomplikowana, problematyczna, narcystyczna, a do tego niedojrzała. To nie wielki władca piekieł, pan zła i mroku, który stara się zawładnąć światem. W interpretacji twórców serialu FOX-a Mornigstar jest zupełnie inny. Swoją postawą przypomina nastolatka, który pragnie się sprzeciwić swoim rodzicom, jednak nie jest w stanie przezwyciężyć ich autorytetu. Koniec końców zawsze stoi w cieniu ich decyzji, a przynajmniej takie odnosi wrażenie. To chłopiec, który boi się swoich uczuć, a najbardziej tego, że mogą go zmienić bez jego wiedzy. A on chce nad wszystkim panować, wszystko kontrolować. Niestety nie widzi, że jednocześnie to go hamuje i ogranicza.

Koniec trzeciego sezonu jest dla niego wyzwoleniem, gdy dowiaduje się, że to on tak naprawdę wszystko kontroluje. Nie może winić nikogo innego, poza sobą samym, za podjęte decyzje i popełnione błędy. W tym rozumieniu Lucyfer jawi się nam jako odbicie nas samych. Z pewnością nie jest to jednak demoniczny istota znana z lekcji religii. Zresztą czyż porównywaniu tych dwóch bytów nie byłoby świętokradztwem? Przed prawdziwym LUCYFEREM mamy się lękać, ten Lucyfer z kolei ma nas bawić, cieszyć oko, a czasem może nawet czegoś nauczyć.

Dodaj komentarz